ARCHIPELAG


Piekarnia w Nepalu

Kategorie: Wszystkie | FOTO | INDIE | KSIĄŻKI | MUZYKA | OSOBISTE | PODRÓŻE | TRADYCJE | WARSZAWA
RSS
środa, 02 lutego 2011

Dokładnie rok temu unosiliśmy się nad ziemią, lecąc do Indii. Dzień moich urodzin upłynął wtedy w samolocie, poza czasem i przestrzenią, skracając się niepostrzeżenie o 4,5 godziny.

W tym roku dzień urodzin spędzam domowo i spokojnie, nigdzie nie wyjeżdżając, ani nawet specjalnie tego nie celebrując. Zrezygnowałam jednak dzisiaj z różnych obowiązków, zajmując się tym, co miłe. Niedługo wybiorę się do miasta, przysiąść w jakiejś miłej kawiarence, a wieczór spędzę z ukochanym, nie planując nic specjalnego, zdając się na to, co nam spontanicznie przyjdzie do głowy.

Wspominam sobie ostatni rok, traktując urodziny jako okazję do przyjrzenia się wydarzeniom z ostatnich 12 miesięcy - a działo się naprawdę dużo. Ten rok był wyjątkowy, rozpoczynając się Indiami, zawierajac w sobie mój ślub, a później także ślub mojego brata i mojej przyjaciółki, różne zawirowania zawodowe, krótkie wizyty w Olsztynie i okolicach, Zamościu, Częstochowie i Wrocławiu oraz kilka innych wydarzeń,  Przyniósł wiele wrażeń, fascynacji, inspiracji. Koniec roku był nieco trudniejszy (zresztą to nic nowego, zima ma to do siebie, że wytraca moje siły i pozytywny nastrój), jednak teraz wkraczam w swój nowy rok energią, głową pełną marzeń i planów oraz mnóstwem pomysłów.

 

15:51, e.milia
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 20 grudnia 2010

 

plaża na Goa

Na Goa jechaliśmy z mieszanymi uczuciami. Nawet początkowo zastanawialiśmy się, czy nie ominąć tego miejsca, jednak zdecydowaliśmy się tam zatrzymać, bo było to idealnie po drodze na naszej trasie, wiodącej później do Kerali. Oboje nie za bardzo lubimy plaże, na dodatek Goa kojarzyło nam się trochę z komercyjno-imprezowym miejscem, zdominowanym przez turystów, a nam na początku podróży trochę spieszno było do "prawdziwej" indyjskiej rzeczywistości, z hinduistycznymi świątyniami i nawet gwarem zatłoczonych ulic.

Palolem

 

plaża Palolem

Jednak Goa jest również częścią tej indyjskiej rzeczywistości. Poza europejskimi turystami przyjeżdżają tam też ludzie z całych Indii i Nepalu do pracy. W naszym ulubionym barze kelnerem jest sympatyczny Nepalczyk, zawsze gotowy doradzić najlepsze potrawy i chętny do rozmowy, potrafiący rozbawić swoim poczuciem humoru i ujmującym uśmiechem. W sąsiedniej knajpce gości obsługuje chłopak z Delhi. Na plaży widać kobiety ubrane w barwne sari. Niektóre z nich mieszkają w pobliżu od zawsze, wśród nich są dziewczynki albo młode matki, które często wędrują po plaży z dzieckiem na ręku. Nie umiem ich ignorować, gdy mnie zagadują, więc zamieniamy kilka słów, mimo że nie chcę nic kupić. Dziewczynki podziwiają moją bladą, niemal białą skórę. Starsze żalą się na swoją ciężką codzienność, że muszą brać ze sobą najmłodsze dziecko, zostawiać w domu starsze i w taki upał krążyć po plaży. Inne kobiety - te których stroje mają najbardziej żywe, intensywne barwy, przyjechały aż z Rajastanu, by na Goa rozkładać przed niespiesznie i leniwie spędzającymi czas turystami (a raczej turystkami) naręcza egzotycznej, kolorowej biżuterii. W końcu, po krótkim targowaniu, daję się skusić na bransoletki, które towarzyszą mi potem podczas całej podróży. Kupujemy kobiecie, od której je kupiłam, butelkę wody, ona w zamian daje mi drobny łańcuszek na kostkę. "To od Poony, zapamiętaj. I'm your friend, you are my friend" - mówi kobieta, a ja dziękuję i zachowuję łańcuszek na pamiątkę.

plaża Palolem

 

Palolem

Oficjalnym językiem Goa jest konkani, który ma swój własny alfabet, jednak najczęściej słyszy się tam angielski albo hindi. Konkani używany jest przeważnie na wsiach, a niektóre z nich nie są wcale tak odległe od turystycznych miejsc. Wystarczy wyjść z chatki i zamiast w stronę plaży, udać się w stronę przeciwną, a tam, zamiast iść prosto ścieżką do miasta, zaszyć się w boczne plątaniny małych ścieżynek i domów. Przechadzaliśmy się trochę wśród tych chatek, obserwując toczące się życie i wreszcie kompletnie nikt nie zwracał na nas uwagi. Wreszcie - bo już wtedy doznaliśmy pierwszego zmęczenia ciągłym zachęcaniem do kupienia czegoś albo odwiedzenia plażowej knajpki. Spokój i cisza, przerywana jedynie nielicznymi głosami ludzi i śmiechem bawiących się gdzieś w pobliżu dzieci. O obecności turystów przypominają jedynie ustawione na podwórkach duże ilości pustych butelek po napojach chłodzących.

napis w konkani

na drzewie widać napis w języku konkani

Na Goa zatrzymaliśmy się w Palolem - to wciąż dość spokojna i dość mało turystyczna plaża, gdzie można zwyczajnie odpocząć i napawać się "rajską" atmosferą. Po długiej (trwającej całą noc i z pół dnia) i dość męczącej podróży wysiedliśmy z autobusu i po prostu zdaliśmy się na zastaną rzeczywistość. Pierwszej osobie, która nas zaczepiła daliśmy się zaprowadzić niemal na plażę, do niewielkich chatek, które od razu przypadły nam do gustu. Na te trzy goańskie dni bambusowa chatka ustawiona na palach stała się naszym domem. Mieszkamy pod palmami kokosowymi, właściwie wprost na plaży. Wystarczy otworzyć drzwi, wyjść na maleńki taras (gdzie cudownie było usiąść i opisywać zastaną rzeczywistość) i już widać było morze. Po schodach schodziliśmy niemal do stojącej w pobliżu knajpki, która stała się naszą ulubioną.

chatki bambusowe

plaża w Palolem

Trzy dni mijają nam na błogim odpoczynku. W ciągu dnia kładziemy się na leżakach, czytając, rozmawiając, pijąc orzeźwiające lassi albo świeżo wyciskane owocowe soki, czy po prostu patrząc na to wszystko, co dzieje się wokoło. Kąpię się w oceanie, skacząc przez fale i śmiejąc się. Spacerujemy po plaży i między palmami kokosowymi. Słuchamy muzyki granej na żywo w jednej z knajpek. Zagłębiamy się nieco wgłąb lądu, mijamy krowy, małą szkołę, nadmorską świątynię. Docieramy do Patnem - jesze mniejszej, sąsiedniej miejscowości, z nieco bardziej zaciszną plażę. Po drodze jednak okolice nie są wolne od nastawienia turystycznego, o czym świadczą liczne oferty kursów jogi, ayurwedy, medytacji, masażu itd. Gdy wracamy, naszym oczom ukazuje się zachodzące słońce. Kula słoneczna, schodząca wolno w stronę tafli wody, barwiąca niebo w cudownie ciepły sposób, na dodatek w sąsiedztwie palm, zachwyca mnie, mimo swojego pocztówkowego charakteru.

 

plaża Patnem

 

plaża

zachódw słońca na Goa

Jednego dnia wstajemy o świcie i wyruszamy na małą przejażdżkę łódką, podczas której można zobaczyć skaczące delfiny. Nie bardzo w to wierzymy, ale rzeczywiście - po chwili taflę oceanu co i rusz przecinają ciała delfinów, z każdej strony. Słońce świeci coraz bardziej, woda pryska na nas spod łódki, śmiejemy się, wioślarz patrzy na nas i się uśmiecha - "a nie mówiłem?". Podpływamy nad zatoczkę, gdzie nie ma śladu ludzi, za to przed nami roztacza się jeden z najpiękniejszych widoków. Wieczorami kelnerzy rozstawiają na piasku stoliki, zapalają świeczki oraz kadzidełka i zachęcają do zamówienia świeżo złowionych ryb. Można zjeść kolację na plaży i w świetle świec albo w zadaszonej knajpce, gdzie siada się na poduszkach, a wszystko oświetlają barwne lampiony. Szumią fale, wzburzone wieczornym wiatrem. Pachnie nie tylko morzem, ale też kadzidełkami. Siedzimy, ciesząc się tą chwilą, aż plaża cichnie, a niebo całkiem ciemnieje i rozświetla się miliardem gwiazd.

 

łodka na plazy

 

palmy kokosowe

15:40, e.milia , INDIE
Link Komentarze (7) »
środa, 01 grudnia 2010

Spadł śnieg, termometr pokazuje - 13 (z dnia na dzień coraz zimniej), a ja jakoś nie mogę uwierzyć, że to już nadeszła zima. Że czas na dobre wyciągnąć zimowe kurtki, czapki i grube swetry i pewnie schować lżejsze rzeczy na najbliższe 2-3 miesiące. W dodatku za nieco ponad 3 tygodnie będą święta. Jesień minęła mi niepostrzeżenie, nawet w tym roku nie zdążyłam nacieszyć się kolorowymi liśćmi, a tu już śnieg! Czasami myślę, że śnieg jest dobry w dwóch przypadkach: gdy się jedzie na narty oraz gdy można się zaszyć w ciepłym domu, w świetle lampy (i dodatkowo świeczek), z książką i koniecznie kubkiem gorącej herbaty. Pierwszy śnieg nie wzbudził jak widać mojego entuzjazmu, chociaż mój ukochany jak wczoraj wszedł do domu, to oznajmił, że na zewnątrz jest pięknie - w pierwszych opadających śnieżynkach jest jakaś magia, no i nie ma jak to spacer w takim trzaskającym mrozie, najlepiej po lesie (może i tak, ale niestety nie mamy w zasięgu ręki lasu z prawdziwego zdarzenia - trochę szkoda). Pewnie za kilka dni przyzwyczaję się do zimna oraz coraz mniejszej ilości promieni słońca i również będę mogła cieszyć się tą puszystą bielą śniegu, przykrywającą miasto ale jak na razie to nadejście zimy niezbyt służy, bo czuję się, jakbym opadła z sił. Zdecydowanie nie ma nic miłego w tym, kiedy trzeba w jakimś celu wyjść z domu, a na zewnątrz jest ciemno, mroźno, pada śnieg i na dodatek wieje zimny wiatr.

Tym chętniej więc zaszywam cię w domowym cieple i zaparzam Hot Lemon Ginger Honey albo czarną herbatę z dodatkiem kawałków imbiru. Czasem zapalam kadzidełko, czasem jakąś świeczkę i czytam. Albo wspominam... Cały ten rok minął jak błyskawica, chociaż był rekordowy jeśli chodzi o ilość znaczących wydarzeń. Jednym z takich zdarzeń był wyjazd do Indii i tu też nie mogę uwierzyć, że minęło już 8 miesięcy odkąd stamtąd wróciliśmy, że już ponad rok temu cieszyliśmy się kupionym biletem, powoli zaczynaliśmy planować trasę, a ja masowo czytałam literaturę z Indii lub o Indiach. Tak jakoś wyszło, że mapa Indii wciąż wisi na naszej ścianie - przed wyjazdem przydała się do zaznaczania miejsc, które koniecznie-trzeba-zobaczyć, po wyjeździe służyła do wspominania podróży (albo pokazywania, gdzie my właściwie byliśmy). Potem została zdjęta, ale pewnego dnia wróciła - z sentymentu i nagłego napływu indyjskiej tęsknoty - wpasowując się w klimat naszego niezbyt uporzadkowanego mieszkania: pod mapą leżą stosy książek, które wciąż czekają na nową półkę, a o nie trochę nonszalancko oparta jest gitara. Przed tą ścianą mieści się nasz ulubiony czytelniczo-herbaciany kącik: na dywanie stoi niziutki stolik (przykryty irańskim obrusem) i leżą stosy poduszek (niektóre w indyjskich poszewkach - naszyte na nich miniaturowe lusterka w bardzo słoneczny dzień rzucają rozświetlone kropeczki na sufit, ale teraz jest zima i to nie bardzo działa). Na ścianie obok są okna, przez które widać trochę drzew - teraz zaśnieżonych) i długi parapet z podstawką na kadzidełka, szklaną misą wypełnioną wodą, w której pływają kwiaty i oczywiście świeczkami (niektóre wetknięte są po prostu w mniej lub bardziej ozdobne butelki). Wieczorem przez ażurowy świecznik płomień rzuca na ścianę nieco orientalne wzory.

W takich właśnie okolicznościach powracają do mnie obrazy z indyjskiej rzeczywistości. Czasami przypominam sobie, jak to było ot tak iść ulicą Bombaju, wdychając duszne i ciężkie powietrze tego wielkiego miasta. Siedzieć na ghatach Varanasi wpatrując się w Ganges i życie toczące się u brzegów świętej rzeki.  Dać się pochłonąć zapachom, dźwiękom i całej gęstej i mistycznej atmosferze świątyni w Madurai. Przypominam sobie plażę na Goa i naszą bambusową chatkę pod palmami, houseboat płynący kanałami w Kerali, ciągnącymy się wzdłuż pól ryżowych. Spacery po górskich plantacjach herbaty w Munnarze. Przypominam sobie nawet całkiem przyjemny hostel w Mahabalipuram, zastanawiając się, czy tam wciąż na ścianie widnieje moja kolorowa mandala, narysowana w chwilach wielkiego upału, z powodu którego nie za bardzo chciało nam się wyjść na zewnątrz.

Przypominam sobie również moment, kiedy wylądowaliśmy na indyjskiej ziemi, poprzedzony podekscytowaniem i ciekawością, co nas tam spotka i wyczekiwaniem na chwilę, kiedy zaczniemy wreszcie oddychać indyjskim powietrzem.

Sam lot odbył się nie bez przygód. To były moje urodziny, które uczciliśmy czerwonym winem sączonym na pokładzie samolotu, wysoko nad ziemią, lecąc ku spełnieniu marzeń o podróżach. Ale najpierw nasza podróż zawisła na włosku, bo udało mi się... zgubić paszport. Podczas krótkiej,20-minutowej przesiadki w Monachium, na bramce prowadzącej do samolotu okazało się, że nigdzie go nie ma - ani w bagażu podrożnym, ani w żadnej kieszeni. Rozpłynął się gdzieś między Warszawą a Monachium i nikt naokoło nie wiedział, co mogłabym z tym problemem zrobić. Nastąpiło kilka długich, dość stresujących minut rozmów z pracownikami lotniska i mojej paniki, już słyszeliśmy nasze nazwiska wywoływane na całe lotnisko, ale na dosłownie chwilę przed odlotem mój paszport cudownie się odnalazł i został dostarczony przez jakąś dobrą duszę do właściwej bramki. Ledwo zdążyłam podziękować i nawet nie dowiedziałam się, gdzie i w jaki sposób został znaleziony (i skąd ktoś wiedział, gdzie go dostarczyć), bo już kazali nam szybko biec na pokład.

Ładnie się zaczęło, pomyślałam - przed wyjazdem wszyscy ostrzegali nas, żeby w Indiach pilnować dokumentów, pieniędzy, nosić je schowane przy sobie, a najlepiej na sobie, a tymczasem ja, przez własną nieuwagę, tracę paszport chyba w jednym z najbezpieczniejszych miejsc tej podróży ;) To był chyba jeden z bardziej stresujących momentów całego wyjazdu i właśnie dzięki takiemu początkowi nabrałam jakiegoś dystansu, starałam się bardziej odporna na inne utrudnienia czy niedogodności podczas całego wyjazdu.

Na dodatek już w Bombaju okazało się, że plecak Arka nie doleciał z nami na miejsce i został w Monachium, ale to już nie wyprowadziło nas to z dobrego nastroju i nie wywołało jakiegoś większego poruszenia i stres. Po prostu zgłosiliśmy zaginięcie bagażu i po wypełnieniu kilku formularzy zostaliśmy zapewnieni, że plecak przyleci następnym lotem i ktoś z lotniska dostarczy nam go do hotelu, po czym udaliśmy się w stronę wyjścia, na spotkanie z indyjskim powietrzem i rzeczywistością.

Po tych samolotowych przygodach później mogło być już tylko lepiej, ale o tym następnym razem, bo i tak się rozpisałam, a miało być po prostu o zimie...

16:21, e.milia
Link Komentarze (3) »
środa, 10 listopada 2010

Pewnej zimy, w 2009 roku, moi znajomi ze studiów - Zuza i Michał postanowili wyruszyć do Indii, a potem do Nepalu - głównym celem ich podróży były Himalaje. To miała być niskobudżetowa podróż - jeżdżenie autostopem, spanie w namiocie lub tanich hostelach, gotowanie na butli gazowej. Przemierzyli w ten sposób Ukrainę, Rumunię, Bułgarię, Turcję, Iran, Pakistan i Indie. Dotarli aż do nepalskiego Kathmandu i stamtąd wyruszyli na spotkanie gór. Trafili do Syabru Bensi, niewielkiej wioski leżącej u wrót Doliny Langtang w Himalajach. Mieszkańcami Syabru Bensi są Tybetańczycy, którzy uciekli z ojczyzny po wkroczeniu wojsk chińskich w 1959 roku i ich potomkowie. Żyją tam biednie, w tradycyjnych ale surowych, niemal XIX-wiecznych warunkach, bez większych szans na pracę czy edukację.

Już w autobusie jadącym do Syabru Bensi, Zuza, Michał oraz ich towarzysz podróży - Wojtek, spotkali młodego chłopaka - Buchunga, nie przypuszczali jednak, że spotkanie te przybierze tak ciekawy i dość nieoczekiwany efekt.

Buchung zaprowadził ich do niewielkiego hotelu, który prowadzi jego rodzina. Nasi podróżnicy spędzili tam zaledwie jedną noc, po czym wyruszyli wyżej w góry, zdobywając kolejne himalajskie doliny i szczyty. Po jakimś czasie Michał musiał wrócić na dół. Zszedł do Syabru Bensi, spotkał Buchunga, który zaprowadził go do domu swojej rodziny. Jego ciotka po prostu przygotowała jedną porcję jedzenia więcej i dała koc, żeby mógł spać w kuchni, a nie w namiocie. Zresztą, sami poczytajcie wrażenia Michała z tego okresu, zilustrowane zdjęciami: "W Tybetańskiej rodzinie".

Trzy dni później dołączyli Zuza i Wojtek. Zostali przywitani z radością i ugoszczeni, a Ciotka miała powiedzieć na ich widok: "No to teraz już wszystkie dzieci w komplecie". Zuza, Michał i Wojtek musieli pozostać w Syabru Bensi kilka dni dłużej, niż początkowo planowali, ze względu na niedostępność autobusów, którymi mogliby wrócić do Kathmandu. Na ponad tydzień stali się częścią tej przyjaznej nepalskiej, a raczej tybetańskiej rodziny, która przyjęła ich do swojego domu i otoczyła serdeczną gościnnością, dzieląc się wszystkim tym, co mieli (np. oddając Zuzie do spania jedyne łóżko znajdujące się domu), opowiadając o swoim życiu i rzeczywistości. Wszyscy razem jedli, przygotowywali posiłki, pomagali w gospodarstwie, spędzali wolne chwile, rozmawiali. Tutaj kilka obrazków z tego ciekawego okresu podróży i zarazem z życia mieszkańców wioski: "Nadal w tybetańskiej rodzinie, ale już wszyscy razem" .

W Syabru Bensi Zuza i Michał spędzili również tybetański nowy rok - "Losar", wciągnięci w sam środek rytuałów. Wcześniej udali się już do Kathmandu, ale postanowili wrócić do wsi (i zaprzyjaźnionej rodziny) specjalnie na to wydarzenie. W końcu uczestniczyli w przygotowaniach do tego świeta i wypiekaniu ciastek.

Gdy odjeżdżali, zostali pożegnani zgodnie z tradycyjnym tybetańskim rytuałem. Wujek otoczył ich zapachem kadzidła i wtarł masło jaka we włosy na znak błogosławieństwa. Ciotka dała im wisiorki, a także piękne, ręcznie wykonane torby na ramię. Na szyję zawiesili im również Kadak - szarfę, która ma znaczenie, gdy się wyrusza w drogę. Opuszczając wioskę Zuza zawiązała, zgodnie ze zwyczajem, swój Kadak na moście przy wyjeździe z wioski...

Moc chyba zadziałała, bowiem Zuza wróciła do Syabu Bensi rok poźniej (zimą 2010 roku) i znowu miała okazję widzieć się z tybetańsko-nepalskimi przyjaciółmi. Wówczas spotkała Nyimę, który pracował jako kucharz w innych nepalskich miastach i który bardzo pragnie aktywnie działa na rzecz lokalnej społeczności, pragnąc poprawić sytuację mieszkańców rodzinne wsi. Założył nawet organizację zrzeszającą młode osoby, a także przygotował projekt odzwierciedlający jego marzenie - stworzenie piekarni. Piekarnia miałaby zapewnić pracę dla mieszkańców wioski, a jej celem byłoby także zbieranie funduszy na utrzymanie i leczenie osób starszych oraz edukację dzieci. Jako, że infrastruktura turystyczna nie jest w Syabru Bensi i okolicach bardzo rozwinięta, działalność piekarni mogłaby wypełnić tą niszę i produkować pieczywo i ciasta według zachodnich przepisów - dla turystów schodzących z gór, spragnionych już europejskiego jedzenia.

***

Zuza uważnie wysłuchała Nyimę, przeczytała i poprawiła jego wstępny projekt piekarni oraz pomogła stworzyć kosztorys całego przedsięwzięcia. Niestety, organizacje w Nepalu nie są sbyt chętne do wspierania tego typu projektów.

Zuza i Michał wpadli więc na pomysł, żeby wesprzeć tamtejszą społeczność, dostarczając finansów do czasu, aż piekarnia powstanie i zacznie sama na siebie zarabiać. "Chcemy pomóc zbudować tam piekarnię, produkującą wypieki dla turystów, z której dochód przeznaczony będzie na potrzebujących mieszkańców wioski" – tłumaczą – "Chcemy dać im wędkę, a nie ryby!".

***

Tak oto narodził się pomysł akcji charytatywnej "Piekarnia dla Nepalu".

Jakiś czas temu zorganizowali w Warszawie "Dzień Nepalu i Tybetu", z którego dochód przeznaczony był na potrzeby piekarni. W Muzeum Azji i Pacyfiku zorganizowali ciekawe pokazy zdjęć - w tym swojego autorstwa opowiedzieli historię swojej podróży oraz przybliżyli nieco realia mieszkańców Syabru Bensi. Poza tym można było zobaczyć zdjęcia z samotnej wyprawy pewnej młodej podróżniczki wokół Tybetu, co było tym bardziej interesujące i robiące wrażenie, że ta 2-miesięczna trasa (z Chin do Lhasy, przez Wyżynę Tybetańską, a potem z Lhasy do Kathmandu) została pokonana na rowerze. Były też filmy o tematyce nepalsko-tybetańskiej oraz warsztat przygotowywania potraw nepalskich. Frekwencja w Muzeum przeszła oczekiwania :)

Potem można było przenieść się do warszawskiego klubu Sen Pszczoły (swoją drogą, jego przestrzeń, zorganizowana na podwórku, za bramą, wśród starych, często opuszczonych kamienic, bardzo przypadła mi do gustu). Tam posililiśmy się przysmakami kuchni indyjsko-nepalskiej. Były również koncerty (m.in. ciekawy zespół, złożony m.in. z niepełnosprawnych muzyków - November Project), pokazy capoeiry, tańca brzucha i teatr ognia.

Zuza i Michał zebrali na razie ok 1/4 potrzebnej sumy, jednak cały czas działa konto, na które można wpłacać pieniądze. Poza tym myślą o powtórzeniu imprezy, wstępnie planowanej na luty. Trzymam kciuki i wierzę, że uda im się zebrać potrzebną całość. Bo czemu nie, skoro tak dobrze wszystko się zaczęło?

 

Całym sercem wspieram tę akcję, pokazującą, że jeśli się chce - to można zrobić tak wiele. Że nie trzeba mieć własnych nakładów finansowych, nie wiadomo jakich sponsorów, znajomości czy medialnego szumu na dużą skalę, żeby spróbować zrobić coś dla innych. Wystarczy pomysł, nawet trochę szalony na pierwszy rzut oka, zainteresowanie problemem i ludźmi, dużo serca, zaangażowania i entuzjazmu oraz trochę pomysłowości - i można zabrać się do nietypowej, ciekawej akcji wspierającej życie przypadkowo poznanych, ale niezapomnianych osób z drugiego końca świata. To właśnie wiara i nadzieja pozwalają kreować rzeczywistość, potrafą czynić cuda. Udzielają się innym, poszerzając swój zasięg i przekraczając granice. Powodują, że nawet najbardziej niewiarygone pomysły i marzenia mogą przerodzić się w realne działania.

 

 

Piekarnia w Nepalu

www.piekarniawnepalu.pl


***

Zdjęcia, a także wrażenia z całej podróży Zuzy i Michała (nie tylko z Nepalu), możecie zobaczyć i przeczytać na ich blogu: http://traveliada.blogspot.com

Po opuszczeniu Nepalu Zuza z Michałem udali się do Delhi w Indiach, a potem do Dharamsali - miejsca u stóp Himalajów, gdzie przebywa obecnie tybetański rząd na uchodźctwie wraz ze swoim przywódcą Dalajlamą. Tam, a dokładnie w McLeod Ganj, mieszka duża społeczność tybetańczyków. Zuza i Michał spędzili w Dharamsali kilka miesięcy, w ramach wolontariatu ucząc angielskiego lokalnych mieszkańców.

wtorek, 19 października 2010

Jeszcze nie zdążyłam zaprosić czytelników mojego, zaniedbanego ostatnio bardzo, bloga do spojrzenia na drugi numer Niezależnego Magazynu Bukinistycznego "Archipelag".

"Archipelag" tym razem przenosi do najróżniejszych literackich domów: wnikamy w tajemnice kamienic, przyglądamy się upadkom znanych z literatury rodów, snujemy się przez zakurzone korytarze domostw w gotyckich powieści, odsłaniamy szklaną wizję ogniska domowego, zastanawiamy się, czy na emigracji nowy język może stać się domem pisarza, a także pokazujemy całkiem realne domy pisarzy i robimy wycieczkę po posiadłości C.S.Lewisa.

W drugim numerze znalazło się też miejsce na sylwetkę Nabokova, spotkanie z Pawłem Huelle, wędrówkę śladami warszawskich antykwariatów. Wirtualne kartki pisma przenoszą do pokojów chińskich konkubin z filmu i opowiadań "Zawieście Czerwone Latarnie", w świat koronek Esther z powieści Chwina.  Rozbrzmiewają dźwiękami muzyki Maxa Richtera, inspirowanej prozą Murakamiego oraz kuszą oczy skandynawskimi ilustracjami z powieści Astrid Lindgren.

Miłośnicy literatury dziecięcej mogą odkryć skrywane sekrety autorów niewinnych książek dla dzieci, ale też dowiedzieć się nieco o polskiej sekcji IBBY i o kampanii "Cała Polska Czyta Dzieciom", przy okazji poznając zalety czytania najmłodszym i zasady dobierania dla nich wartościowych lektur.

Archipelag 2

Od drugiego numeru "Archipelag" ma nową stronę, z której można ściągnąć najnowszy numer:

www.archipelag-magazyn.pl

18:30, e.milia
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7